Z zamiarem napisania książki noszę się od kilku lat. To pragnienie przechodziło różne fazy – od lęku, że przecież nigdy tego nie robiłam, przez strach przed oceną i pytanie, czy ktoś to w ogóle przeczyta, aż po silne pragnienie pisania tego, co do mnie przyszło. W końcu – po konkretne działanie.
Aby zminimalizować obawy i wykluczyć porażkę (wiem, irracjonalne założenie), zdecydowałam się pisać książkę pod okiem kogoś, kto ma w tym doświadczenie.
Formuła kursu była prosta. Przez trzy miesiące, w grupie nieprzekraczającej dziesięciu osób, miałyśmy pisać swoje powieści. Dwa razy w tygodniu spotykałyśmy się online, by pracować nad kolejnymi „milowymi krokami”, które miały nas zbliżyć do wspólnej książki. Każda uczestniczka tworzyła jeden, niezależny od pozostałych, rozdział.
Z pozoru – plan idealny, z dużym potencjałem powodzenia. W praktyce jednak okazało się, że czas, który chciałam przeznaczyć na pisanie, został poświęcony na czytanie tekstów innych uczestniczek i na niekończące się rozmowy o rozterkach, wstępnych pomysłach, planach i marzeniach związanych z pisaniem. Pomocne – do pewnego momentu. Do momentu, w którym proporcje zaczęły się odwracać: pięć procent pisania, dziewięćdziesiąt pięć procent angażowania się w grupę.
Do tego dochodziła wzajemna ocena tekstów. Nikt nie wiedział, jak tekst powinien wyglądać, ale każdy wiedział, że to, co piszesz, należy poprawić. W efekcie ciągle wracasz na początek drogi. Jeśli jesteś amatorką, dzięki takim „zabiegom” możesz tkwić na pierwszej stronie w nieskończoność.
Nie wiedzieć kiedy, zaczyna się trzeci miesiąc – czas pracy nad okładką. I wtedy zaczyna się istny Meksyk.
— Czarna? Nie, bo zbyt mroczna.
— Twarz na okładce? Nonsens!
— Nie podpiszę się swoim nazwiskiem, jeśli na okładce będzie przypadkowa twarz odarta z tożsamości! — krzyczy jedna z uczestniczek.
Zastanawiam się, kto miałby tę twarz z tożsamości odrzeć. Nie pojmuję. Tyle lęku, tyle uprzedzeń. Tak mało konstruktywnego spojrzenia.
Wewnątrz mnie narasta bunt i rozczarowanie.
Wycofuję się z projektu — i to najlepsze, co mogłam wtedy dla siebie zrobić.
✨ Moje sugestie:
Jeśli marzysz o pisaniu — po prostu pisz. Codziennie, intuicyjnie, bez planu, bez nadzoru.
Jeśli jednak potrzebujesz pomocy z zewnątrz, zachowaj ostrożność.
Nie ufaj ślepo tylko dlatego, że ktoś mówi o sobie, że jest profesjonalistą, że napisał kilka książek. Ludzi, którzy mają cię uczyć, wybieraj z wielką rozwagą. Nie wierz w jedno polecenie na Facebooku ani w kolorowe zdjęcia na Instagramie.
Szukaj tych, którzy są do ciebie podobni — rozumieją twój świat, twoją wrażliwość, twoje wartości. Którzy cię zainspirują. Których będziesz słuchać z zachwytem. Wiem, to trudne. W dobie mody na „rozwój” wiele szkoleń prowadzą przypadkowe osoby – pseudo-coachowie i samozwańczy trenerzy.
Niełatwo znaleźć perły, ale to możliwe.
Zanim wzięłam udział w warsztatach, napisałam około 40 stron. Przez trzy miesiące kursu – zaledwie cztery strony, z których nie jestem zadowolona.
Oczywiście, ktoś powie: „tekst tekstowi nierówny”. To prawda. Ale warto zadać sobie pytanie:
czy wolisz mieć cztery strony, które nie są twoje, czy czterdzieści stron tekstu, który daje ci ukojenie i jest prawdziwie twój?
Są granice, których przekroczyć nie warto. Lepiej pójść własną drogą, zachowując swój styl, ton i smak.
Po odejściu z projektu nie mogłam pisać. Coś zostało we mnie zablokowane. Potrzebowałam czasu, by zatęsknić, by napisać pierwsze słowa na kartce. Ale było warto — stanąć w obronie własnego stylu, wizji i wrażliwości.

