Pinnawala, znana na Sri Lance jako Elephant Orphanage, to sierociniec dla słoni, a zarazem jedna z największych „atrakcji turystycznych” wyspy.
Gdy powstał w 1975 roku, zamieszkiwało go zaledwie pięć słoni. Dziś przebywa tam już około osiemdziesięciu zwierząt. W przewodnikach przeczytamy, że to miejsce ma być „domem dla stada”, a ludzie tam pracujący starają się stworzyć możliwie naturalne warunki.
Ludzka nieświadomość
To, co zobaczyłam w Pinnawala już w pierwszych minutach zwiedzania, wstrząsnęło mną na tyle, że dalsze spacerowanie po tym obiekcie straciło sens.
Wystarczyło spojrzeć w oczy tych zwierząt, by zobaczyć w nich przerażenie i obłęd.
Słonie są tam karmione dwa razy dziennie, więc można by przypuszczać, że są do tego przyzwyczajone. A jednak ich wzrok zdradza coś zupełnie innego – zmęczenie, strach i bezsilność. To nie lęk przed ludźmi czy nową sytuacją. To reakcja na przymus, na codzienne zmuszanie do czynności, których nie chcą wykonywać.
Największą „atrakcją” tego spektaklu jest karmienie butelką małego słoniątka – oczywiście za dodatkową opłatą. I ludzie płacą. Płacą po to, by wcisnąć do pyszczka przestraszonego malucha butelkę zakończoną długą gumową rurką. Nie jest to zwykła butelka – rurka sięga głęboko do przełyku, by słoniątko musiało przełykać mleko, nawet jeśli nie ma na to najmniejszej ochoty.



Przerażenie
Odniosłam wrażenie, że ilość mleka, jaką podaje się słoniątkom, nie ma żadnego znaczenia.
Liczy się tylko jedno – zadowolenie turystów i ich zdjęcia z „atrakcją”.
Nikt nie patrzy na zwierzęta, nikt nie widzi ich przerażenia.
Łańcuchy
Niektóre słonie miały łańcuchy na szyjach i nogach.
Podobno to „dla bezpieczeństwa” – żeby nie przewróciły butelek z mlekiem albo nie wykazały agresji.
Tylko… kto z nas chciałby być karmiony w takim stresie?
Przywiązany metalowym łańcuchem, stojąc przed tłumem hałaśliwych ludzi, którzy przepychają się w kolejce, by wepchnąć kolejną butelkę z mlekiem.
Nie potrzeba wielkiej wrażliwości ani życiowej mądrości, żeby zobaczyć w tym coś więcej niż tylko „atrakcję”.
To tortura.



Codzienny rygor
Słonie mieszkające w Pinnawala funkcjonują według ściśle określonego planu dnia.
Poranek zaczyna się od śniadania, a już o 9:15 rozpoczyna się karmienie słoniątek – w betonowej hali, wśród turystów, o których wspominałam wcześniej.
Starsze słonie w tym czasie dostają posiłek na polanie. Zjadają liście palmowe, pnie drzew i bananowce – wszystko to, co w naturalnych warunkach byłoby ich codziennym pożywieniem.
O 10:00 przychodzi pora na kąpiel – kolejną „atrakcję” turystyczną.
O 13:15 znów odbywa się karmienie najmłodszych, a starsze słonie dostają lunch na polanie.
O 14:00 powtórka z kąpieli – tym razem aż do 16:00.
Na zakończenie dnia, o 17:00, maluchy znów są karmione mlekiem.
Z zewnątrz może się wydawać, że to uporządkowany i dobrze zorganizowany dzień.
Ale wystarczy przyjrzeć się bliżej, by dostrzec, że to nie troska o dobro zwierząt, lecz spektakl odgrywany każdego dnia – ku uciesze tłumu.


Momenty radości
Na szczęście w Pinnawala można też dostrzec chwile, w których słonie wydają się być naprawdę blisko siebie.
Okazują sobie zainteresowanie, delikatnie się zaczepiają, jakby na moment zapominały o całym świecie.
O 14:00 byliśmy już nad rzeką Ma Oya, gdzie dwa razy dziennie odbywają się kąpiele – druga z głównych atrakcji dla turystów.
Gdyby nie łańcuchy i wszechobecni „opiekunowie” z hakami w dłoniach, można by uwierzyć, że to naprawdę szczęśliwe chwile dla tych słodkich olbrzymów.



Bull hook – broń w rękach „opiekunów”
Bull hook – to metalowy hak, którego używa się do tresury słoni w cyrkach.
W Pinnawala każdy „opiekun” trzyma go w dłoni, siejąc postrach wśród zwierząt.
Słonie, choć są największymi ssakami lądowymi, boją się bólu – tak jak każde inne stworzenie.
Ich skóra może wydawać się gruba i odporna, ale mają miejsca niezwykle wrażliwe: okolice uszu, pyska, grzbietu i stóp.
To właśnie tam najczęściej trafia hak.
Podobno słoń potrafi poczuć ukąszenie komara.
Jak więc można uwierzyć, że nie czuje dźgnięcia metalowym hakiem?
Co ciekawe, bull hook, zwany też ankusem, można zobaczyć w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie – jako bogato zdobione, indyjskie eksponaty z XVIII i XIX wieku.
Historia pokazuje go jako symbol władzy nad zwierzęciem.
Dziś – niestety – nadal bywa narzędziem przemocy.





Trudno zrozumieć ideę tego miejsca
Staram się zrozumieć, czym naprawdę jest Pinnawala.
Kiedyś była sierocińcem – miejscem ratunku i opieki.
Z czasem jednak przekształciła się w ośrodek rozmnażania, w którym małe słoniątka rodzą się w niewoli, nie znając nawet smaku wolności.
Chwile kąpieli w rzece wydają się być dla nich najprzyjemniejszym momentem dnia.
Ale trudno zapomnieć o łańcuchach i hakach, które nie raz przebijały skórę, zostawiając po sobie ślady bólu i krwi.
Nachalne zachowanie turystów, karmienie na siłę, łamanie zakazu dokarmiania słodyczami, kary cielesne wymierzane przez strażników i ciężkie łańcuchy owinięte wokół szyi i nóg – wszystko to, w moim subiektywnym odczuciu, przekreśla sens istnienia tego miejsca.

